Widziane w świecie: holokaust karpia czyli zielono im

Zwykły wpis

15439850_156966278115085_3774275526977463478_n

Koniec roku a tu nie ma czasu na rachunek sumienia i rozliczenie dobiegającego ku końcowi roku. Tak się pracy nawarstwiło, a tu jeszcze zieloni jakby pod wpływem mało zimowej aury wykiełkowali z pod ziemi. A już myślałem, że po uszyciu uniformów wzorowanych na policyjnych mundurach usunęli się samoistnie niczym pierd z najszlachetniejszej części ciała. Dobre wrażenie zakłócał co prawda czasem widok rozklekotanego poloneza z napisem „straż zwierząt” czy coś w ten deseń, którym to autem (swoją drogą, nie posiadającym jakichkolwiek zatwierdzeń do transportu zwierząt), strażnicy z marsową miną patrolowali miasto i okolice.

Przed samym końcem roku „zieloni” jednak dali o sobie znać. Wpierw podesłali pismo – szlachetną informację, że przejęli opiekę nad psem – ofiarą znęcania się właścicieli, i że mamy się sprawą zająć i skontrolować całą posesję. Tym błyskotliwym sposobem „zieloni” przyśpieszyli rządową reformę, która ma nastąpić za dwa lata i sami zreformowali budżetową weterynarię, stając dumnie na jej czele.

No cóż, donos to donos sprawę trzeba wyjaśnić. Na miejscu okazało się, iż owszem animalsi zarekwirowali psa, za co „łotry” właściciele zdając sobie sprawę z czynionego w ten sposób bezprawia, założyli im sprawę w prokuraturze (animalsi ze swojej strony założyli sprawę właścicielom – ot takie kółko graniaste). Właściciele posiadali jeszcze inne psy, o dziwo zadbane jak cała ich posesja po której psiaki mogły biegać luzem, nie zdradzały przy tym oznak lęku, głodu, pragnienia etc. Zrodziło się pytanie zatem dlaczegóż ten pies podpieprzony, przez zielonych był zaniedbany? Wytłumaczono to w ten sposób iż owszem pies jest stary, z nowotworem, a przejęty został po śmierci jakiegoś dziadka we wsi, po którego śmierci nikt z rodziny nie wyrażał zainteresowania opieką. Od tamtej pory jak pies trafił do nowego domu zdarzały mu się ucieczki i włóczęgi po wsi w tym powroty do „starego” domu. Powyższe włóczęgostwo plus wiek i choroba miało się złożyć na zły stan psa w dniu kiedy to „zieloni” skierowali ku niemu swe troskliwe oblicze. Jak jest naprawdę trudno powiedzieć. Faktem jest, że donosik animalsów trafił do nas po jakiś dwóch tygodniach od wydarzenia, w momencie kiedy panienka z towarzystwa dostała zaproszenie na spotkanie  z prokuratorem i to bynajmniej nie jako pokrzywdzona.

Ale oczywiście byłoby zbyt pięknie jakby się na tym skończyło. Nie dalej jak wczoraj po powrocie z terenu w moim pokoju zastałem Eufrozynę dyskutującą zawzięcie z wyżej opisaną bohaterką. I co się okazało? Otóż „zieloni” doszli do wniosku, że będziemy z nimi kontrolować miejsca sprzedaży świątecznego karpia (w końcu są po weekendowych kursach behawioryzmu, opieki zwierząt a nadto kochają je tak mocno, że aż to nieprzyzwoite) bo my sami to sobie nie poradzimy (nie wiem może za mało kompetentni jesteśmy, kiepsko wykształceni i znamy się chyba tylko na parzeniu kawy – to by tłumaczyło dlaczego tak marne są zarobki w inspekcji). Pani ani słowem się nie zająkła, że kilka dni wcześniej na własną rękę próbowali ulepszać świat, który ewidentnie pokazał im środkowy palec i usiłował sprzedać kopa w dupę. Po takich przykrych doświadczeniach znów trzeba by posprzątać ten dziwny świat cudzymi rękoma. No cóż donos jak donos… Trzeba zareagować i wyjaśnić sprawę co jest czynione jak zresztą co roku i bez donosów.

Na odchodnym pani coś bąknęła o oskarżycielu posiłkowym i że wystąpi jako strona pokrzywdzona. OK, zabrzmiało to i tak zdecydowanie lepiej niż ponoć autentyczny tekst „Wyczuwam kwas mlekowy! Ryby są zestresowane”. Z takimi zdolnościami autorka tych słów powinna zostać zatrudniona w policji jako alkomat. Badania kierowców obyłyby się wówczas bez dmuchania (Choć w pewnych pań przypadkach może dmuchanie byłoby zbawieniem? Tylko kto się tego podejmie?). I na tym jakby się rozmowa zakończyła, zwłaszcza gdy zwróciłem damie uwagę, iż nie jestem osobą właściwą do podejmowania decyzji kto ma uczestniczyć w urzędowych kontrolach, i że niekoniecznie muszą to być  członkowie prozwierzęcych organizacji (ale drugą część już zostawiłem dla siebie).

Tak moi drodzy miłość do wszystkich stworzeń małych i dużych nie zawsze idzie w parze z wiedzą i kompetencjami. Warto o tym pomyśleć nim przeleje się kasę na konto  animalsowej fundacji pod wpływem ckliwego programu czy artykułu w mediach.

Swoją też drogą zastanawiające jest co ludzie widzą w mordowaniu na święta karpia? (Bo że tradycyjnie na stole karp winien być to ok, rozumiem). Jakieś spełnienie mężczyzny – łowcy, który z wanny wytarga żywego karpia celem rytualnego uboju (oczywiście o ile ryba targana w plastikowym worku przetrwa przywalona w koszu zakupami, stanie w kolejce, drogę powrotną przez zakorkowane ulice po to by przez godzinę czy dwie popływać w wannie, w której przed wieczerzą wigilijną weźmie kąpiel cała rodzina) – wszak podczas wieczerzy trzeba wyglądać.

Tak moi drodzy, jeżeli już musicie zaspokoić instynkty łowcy to kupcie karpia w wiaderku z wodą lub w specjalnej siatce ochronnej, która zapobiegnie przyklejeniu się folii do ciała ryby i zróbcie to na koniec sam koniec zakupów. Nie stresujmy karpia mimo, iż i tak jego los jest przesądzony. Szczęśliwe zwierzę = smaczny posiłek.

I tym akcentem życzę wam Wesołych Świąt:)

 

 

*Foto zostało zassane z bibsy.pl, a wykonane zostało w jednym z polskich hipermarketów. W jakim i gdzie to już każdy musi sobie poradzić sam;) Ja wiem. A wy?

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s