Widziane w świecie: pieskie życie kozy

Zwykły wpis

does_-_transparent_gif_goat_bleu2

Sprawa zaczęła się kilka dni temu od telefonu. Dzwoniła pani z laboratorium ZHW i bezskutecznie usiłowała dowiedzieć się gdzie są pliki, które mieliśmy im przesłać. Nasze stanowisko było jednoznaczne, my te pliki im przekazaliśmy. Stanowisko laboratorium było nie mniej jednoznaczne – pliki są złe, a panie je potrzebują bo wyszedł wynik dodatni na brucelozę u kozy. Następne godziny na gorącej linii przyniosły zarobek telekomunikacji, ale także doprowadziły do tego iż w końcu właściwe wyniki we właściwym formacie dotarły tam gdzie dotrzeć powinny od samego początku. Oczywiście piwko, które nawarzył wet z terenu wypiliśmy my… No ale wszyscy lubią piwko więc nie ma co stękać. Zresztą rzecz i tak nie o tym…

Ciekawą sprawą jest to, ze po latach ciszy z chorobami zakaźnymi bydła, powoli zaczyna się robić przebudzenie. To gdzieś wyskoczy gruźlica, gdzieś białaczka czy tam bruceloza. Najwidoczniej pięcioletni okres pomiędzy próbkobraniami zaczyna przynosić żniwa. Tylko czekać, aż terenowi weci znów zaczną co trzy lata pukać do chłopskich sadyb.

Ale wracamy do naszej kozy. Jak to w przypadku „plusa” bywa trzeba pewne sprawy załatwić. I tak w tygodnia koniec i początek, tuz przed weekendem majowym na miejsce przebywania naszej rogatej bohaterki udała się Janczysława* i tam chciałoby się rzec pocałowała klamkę. Z tym, ze żadnej klamki nie było a całe haziajstwo wydawało się zapraszać do wejścia szeroko otwartymi bramami i wrotami. Janczysława zatem w poszukiwaniu gospodarzy przeszła się po obejściu znajdując oprócz kozy, dwóch bydlątek, świnek, masy dorbiu i psów jeszcze jelonka. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby to było zoo albo jakiś cyrk, ale to było zwykłe haziajstwo… No może wyróżniał je syf panujący na podwórku większy niż w innych tego typu przybytkach ale to w końcu nie salon w Wersalu. Po powrocie jakimś cudem Janczysławie udało się skontaktować z gospodarzem i w krótkich żołnierskich słowach wyjaśniła co sądzi o kozie, jelonku i całym klimacie panującym w obejściu. Po tej dyskusji już w spokoju sumienia udała się na majówkę, sprawę zostawiając tym co na służbie.

Tym oto sposobem kiedy większość Polaków trzeźwiała, piła bądź byczyła się na L4 (pozdrawiam Jarku;)), a ja wraz z szefową udałem się do kozy. Na miejscu zastaliśmy przysłowiowy brud, smród i ubóstwo. Całe podwórko zasrane kaczymi i kurzymi kupskami. Murowany grill sąsiadował z niechlujnie poskręcanym kojcem dla ujadającego blekota, w tle las, ptaszki śpiewają, kury gdaczą, krowy ryczą, a my trąbimy. Po chwili ukazała się właścicielka całości, uzbrojona w chochlę otoczona trzema wyrostkami. Na szczęście nikt chochlą nie oberwał, jeden z synów odniósł ją do do domu, a reszta udała się do kozy. Pękata koza, z wymieniem które myślałem że zaraz pęknie, stała samotnie w stodole, przywiązana na sznurku i gapiła się na nas tak jak to kozy tylko gapić się potrafią. Po krótkiej rozmowie, z której dowiedzieliśmy się że koza nigdy się nie kociła i w zasadzie nie wiadomo po co jest (wynika z tego iż służy jako kosiarka), przeszliśmy do obory gdzie w ogólnym brudzie i nieładzie stały bydlątka a w kojcu siedziały dwa świniaki. Po jelonku ani śladu. „Wypuścilim do lasu zaraz po telefonie” jak się mogliśmy dowiedzieć. – A skąd się wziął jelonek? – A przybłąkał się. Zatem już wiecie , że jelonki przybłąkają się po to by posiedzieć w brudnym kojcu. Tylko murowany grill w przeciwległym końcu podwórza nasuwał mroczne skojarzenia…

Potem na pytanie gdzie znajduje się pan Pietrek, gospodyni z wyczuwalnym luzem w głosie odparła: – Pogotowie go dzisiaj zabrało. Zawał czy coś… – tak jakby zabieranie przez pogotowie było czymś najbardziej normalnym w świecie. Dom sam był urządzony niechlujnie i brudno jak całe obejście. Urody usiłowano mu zadać wiszącą skórą lisa ale nie na wiele się to zdało, w zasadzie bardziej szkodziło niż pomagało. Gospodyni, która swoimi gabarytami zajęła całą szerokość fotela, nerwowo przebierała tłustymi placami odpowiadając, iż koza się nigdy nie kociła (co wszystkich dziwi), a mleka od niej to nikt nie pił tylko dla zwierząt używała. I tak od 2008 roku niesamowity dziw jakim jest mleczna niekotna koza, wyglądająca jakby w ciąży była, do niczego w gospodarstwie nie służyła ino jako kosiarka i dostarczycielka mleka dla psów i kotów. A murowany grill na podwórzu coraz mocniej przypominał kominy Auschwitz. I taki był zapewne los wypuszczony do lasu jelonka. Gdyż wśród tych prymitywnych ludzi kłamstwo na kłamstwie stało.

Pozostaje kwestia brucelozowego plusa – czy jest to po prostu przypadek i w okresie okołokotnym pobrana krew, która mogła zafałszować wynik? Czy może gdzieś pan Pietrek kłusownik woził kózkę do koziołka, który sprzedał jej trochę pałeczek brucelli? Jelonka można chyba wykluczyć z grona podejrzanych, podobno zresztą zaledwie przez miesiąc sąsiadował z kozą  w brudnym kojcu. Tego się chyba nie dowiemy, pozostaje czekać na wynik z Puław, a potem się okaże jaki jest dalszy los kózki. Obawiam się, że tak czy inaczej jej los jest przesądzony, a murowany grill czeka na majowe imprezy.

Tak w sumie jak sobie pomyślę, jak ludzie sobie zachwalają mleko prosto od krowy, takie naturalne i w ogóle… Ja chyba podziękuję. I kozie mleko takie prosto od gospodarza też dziecku na zdrowie może nie wyjść…

*imię zmienione;)

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s