Wspomnień czar: Nie taki diabeł straszny

Zwykły wpis

j

Ostatnio jakoś wyjątkowo nic szczególnego się nie dzieje. Dużo pracy jak zawsze ale jakoś tak spokojnie. Od czasu do czasu trafi się pogonienie cielaka do kojca czy wydłużenie psu łańcucha wśród pełnego szoku okrzyku: „ło Jezu, to psy już też kontrolują” i innych wersów łączących się w pieśń dręczonych… To raczej nic specjalnego. To sprzyja wspomnieniom a  jednym z nich było pewien dzień. By danie było smakowite zacznę od przystawki – od wspomnienia T., który tak wspomniał kiedyś początki swojego terenu;)

Kiedyś pojechałem razem z koleżanką do rolnika, który nie wpuścił lekarza wykonującego monitoring białaczki itd., aby uświadomić Pana, jakie są konsekwencje. Rozmowa odbywała się na drodze przed bramą- nie wpuścił nas nawet na podwórze. W pewnym momencie Pan stwierdził, że… odczuwa silne parcie na pęcherz i poprostu obrócił się tyłem do nas i załatwił potrzebę fizjologiczną tak jak stał. Następnie całkiem naturalnie wrócił do tematu. Niestety… w zwyczaju miał podawać rękę na pożegnanie…

Miało to miejsce w moim drugim bądź trzecim roku pracy, a więc od powyżej przytocznego zdarzenia upłynęło trochę czasu ale nie dużo, mniej więcej o jakeś dwa – trzy lata z hakiem. Działo się to w pięknej gminie Wrzosiny*, która słynie wśród okolicznych gmin jako centrum lokalnego bimbrownictwa. Bimbrowym jądrem na tej gminie jest wieś Nornice*, sielsko położona wśród lasów, pełna gospodarstw agroturystycznych oraz tartaków, która to była tłem powyżej przytoczonej scenki. Należy też oddać szacun producentom „wrzosinianki” jako, iż miałem okazję smakować tego trunku i to prawdziwe whiskey made in Poland. Niestety nie ma takiej reklamy jak góralska śliwowica więc i statusu produktu regionalnego nie ma, a szkoda.

Było to na przełomie zimy i wiosny – zimno, wietrznie i mokro. Terenowy wet pewnego dnia zgłosił nam problem, który powstał w jednym z nornickich haziajstw. Mimo dobrej woli rolniczej nie miał jak pobrać krwi do badań na białaczkę bo mimo iz rolnik chciał, lekarz chciał i bydło być może też (w każdym razie jak to bydło miało do tego stosunek obojętny bardziej będąc skupionym na ciągłym przeżuwaniu) to jednak bydło nie posiadało kolczyków,a więc nie było jak idnetyfikowac próbek. Ponieważ tak złożyło się, iż tego dnia ruszałem na tereny produkcji wrzosinianki, postanowiłem za jednym zamachem ściąć trzy głowy wzorem Longinusa Podbięty herbu Zerwikaptur. W trakcie rozmowy okazało się, iż jest to to samo gospodarstwo, w którym T. miał okazję przełamywac bariery międzyludzkie. – Tylko uważaj jak tam będziesz – usłyszałem od weta na pożegnanie – oni tam kiedyś ojca zabili…

Wyruszyłem zatem do Nornic, droga minęła spokojnie. Same Nornice przywitały mnie spokojem lasu i schludnymi zabudowaniami agroturystycznymi, tartacznymi i rolnymi. Im dlaej w las tym… mniej asfaltu w końcu się skończył. Podobnie jak i murowane domy, a zaczęła się drewniana zabudowa. Ponieważ nie do końca wiedziałem gdzie jechać to wjechałem do pierwszego lepszego gospodarstwa celem zasięgnięcia języka. Starszy pan, którego zastałem (jak sie później okazało wuj bohaterów historii) był bardzo chętny do udzielania wszelkiej informacji. Niestety był też przygłuchawy, a zatem każde pytanie musiałem „powtarzać” kilkukrotnie wytwarzając coraz więcej decybeli i czując, że zaraz zedrę gardło. Starszy pan jednak chyba nic nie zrozumiał lub nie usłyszał, bo w końcu zaklął, machnął ręką i poszedł do domu, zostawiając mnie na środku podwórka.

Nawróciłem i pojechałem dalej spotykając kolejnych lokalsów przmieszczających się ciągnikiem. Na pytanie  odpowiedzili machąjąc ręką za siebie i mówiąc, iż to ostatnia drewniana chałupa na końcu wsi. Patrzeli się jakoś tak dziwnie z niedowierzaniem i jakimś politowaniem, coś jakbym właśnie zamierzał siąść nagim zadkiem na rozgrzanej patelni. W końcu dotarłem na miejsce. Tam spotkałem trzech jegomościów – jeden (jak się później okazało najstarszy) zarośnięty niczym Rumcajs z Raholeckiego lasu, drugi krępy w jednej ręce z siekierką drugą przytrzymywał spoczywający an barku ociosany pienek drzewka, trzeci w pomarańczowo farbowanych włosach, bluzie, guomofilcach i krótkich spodenkach jarał sobie szluga. Cała trójka obrzuciła mnie spojrzeniem mówiącym czy zamiast dzień dobry nie wolałbym dostać w papę? Zbytniego szacunku dla munduru nie okazując – jeżeli mundurem można nazwać służbową kurtkę i robocze spodnie. Zresztą”za mundurem panny sznurem” a tam nie było panien,  a jedynym kandydatem na pannę w tym samaczym środowisku byłem ja. Z oczywistych względów wolałem uniknąć bycia panną więc i za bardzo się ze służbą nie wychylałem. Za przykładem Jana Onufrego Zagłoby postanowłem uciec się do fortelu.

Rozmawiałem z Rumcajsem bo z całej trójki to on wykazywał największe skłonności negocjacyjne. Zaprowadził mnie do drewnianej szopy, w której na grubej warstwie, o dziwo suchej jak na warunki atmosferyczne słomy, spokojnie leżały dwie krówki. Zgodnie z tym co mówił wet obie niezakolczykowane, przy czym jedna nawet nie miała śladu po kolczykach. Rumcajs przyznał, że nie jest w ogóle zarejestrowana chociaż kolczyki są ale nie miał kiedy pojechać ją zarejestroewać, a strasza zgubiła. Zacząłem z nim dyskusje prowadzić w stylu „Wiesz jacy są ludzie donoszą itd. Nie ma jak krwi od zwierząt pobrać. Po co kłopoty? etc.” W trakcie tych wywodów w oczach Rumcajsa widziałem rozsnące zrozumienie oraz coś więcej – coś jak przyjęcie mnie do stada. Zakończyło się tym, że na koniec  usłyszałem zobowiązanie Rumcajsa do oznakowania krów, przebiłem z nim pionę i już jako ziomuś opuściłem granice haziajstwa. A przecież ziomusiom się krzywych numerów nie wykręca.

Po dwóch dniach odebrałem telefon. To był Rumcajs – zadzwonił po to by powiedzieć, ze krowy są oznakowane i ta druga zarejstrowana. Powiadomiłem o tym fakcie weta,który spokojnie mógł już pojechać krew od zwierząt pobrać. Przy następnym spotkaniu powiedział mi, że krowy były elegancko oznakowane kolczykami na każdym uchu, tak ż emogły czuć się w pełni europejskimi krowami. Tak bardzo europejskimi, że do rogów można by im przywiązać unijną flagę. Ba, więcej unijną flagę można by im owinąć wokół ogona w ten sam sposób w jaki niedawno pomysłowi alpejscy pasterze powijali swoje krowy by nie paskudziły alpejskich stoków. Jest to pewien sposób by załagodzić ból dupy tych, którym przeszkadza zniknięcie niebieskich flag z gwiazdkami zza pleców premier Szydło. I trzeba przyznać, ze zostałyby wówczas wykorzystane  wreszcie z pożytkiem:)

 

*nazwy miejscowości zmienione – zbieżność z realnymi  jest przypadkowa i niezamierzona, nawet jeżeli podobna;)

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s