Widziane w świecie – bioasekuracja

Zwykły wpis

świnka
Wreszcie udało się dotrzeć – mógłbym rzec po dzisiejszym dniu. Zwłaszcza jak wspomnieć dwie poprzednie wizyty w gospodarstwie otoczonym drewnianym płotem. Pierwszy raz miał miejsce pewnego upalnego dnia upalnego lata. Misja zakończyła się niepowodzeniem gdyż na straży spróchniałej furtki prowadzącej na teren haziajstwa stanął sędziwy celnik otoczony stadem ujadających powsinogów, który kategorycznie odmówił wpuszczenia na teren prywatny.
Kolejny podjazd miał miejsce parę tygodni później i znów sytuacja się powtórzyła ten sam stróż, te same powsionogi i kolejna adnotacja służbowa, że chuj bombki strzelił, bo właściciela, którym jest syn onego strażnika nie było. W końcu udało się skontaktować z synem właścicielem i ustalić co i jak – zatem udało się jedziemy…

Ponownie podjechałem pod spróchniałą bramę – szczelnie otoczone haziajstwo w dobie zagrożenia afrykańskim pomorem – sam Główny Lekarz byłby dumny, iż gdzieś pośród pól jego instrukcje są tak skrzętnie przestrzegane. W. wyszła pierwsza z auta ja walczyłem w środku z teczką i papierami ale jakoś dołączyłem do niej, a ona już prowadziła negocjacje ze strażnikiem, który już dwa razy odprawił najazd. Dołączyłem w momencie gdy pośród ogólnego ujadania wymieszanego z „Apódziesz!!” negocjacje tyczyły obuwia niezbędnego przy wejściu na teren „fermy”. Jednorazowe ochraniacze na buty, których standardowo uzywamy w trakcie roboty były zbyt mało sterylne stąd dobrodouszny pan oferował W. swoje gumiaki, w których oprząta zwierzaki. W. chyba nie słuchała nigdy „Walking in my shoes”

więc nie chciała wejść w rolnicze buty. Nikt chyba będąc na jej miejscu by nie chciał.
Wkroczyliśmy zatem we własnym ogumieniu ochronnym na teren, starając się goprzy tym zanadto nie skazić. Zresztą byłoby to sporą sztuką patrząc na ogólny nieład dominujący w podwórkowym pejzażu i te nawiedzone psiury ujadające w tak wysokich tonach, ze same już chyba od tego blekotu były głuche.
Tymczasem nasz pełnomocnik właściciela zniknął. Zostaliśmy z ujadającą bandą pchlarzy. W nie miała pojęcia gdzie ony podział się, zresztą ciągle tkwiła w szoku stworzonym przez wizję profesjonalnych gumiaków na swoich stopach. Wtem pojawił się pan niosąc w ręce maseczkę przeciwpyłową. Maseczka była już używana, nie raz i nie dwa i ani raz ani dwa razy nie była prana, czyszczona etc. o czym świadczyły odciski brudnych palców na białej powierzchni maski.
Na pytanie po co to, uzyskaliśmy odpowiedź, ze przecież swoich nie mamy to pan nam użyczy swojej. W jakich warunkach zatem pan trzyma te zwierzęta, ze maseczka tam jest potrzebna? – zapytałem. – O nie panie – usłyszałem w odpowiedzi – po prostu jak wszyscy na maciory chuchają to potem one się zapraszać nie chcą.
No tak obiecaliśmy, że na maciory nie będziemy chuchać i wkroczyliśmy do „fermy”. Na fermie było 7 warchalaków i ani jednej maciory do chuchania ale bioasekuracja musi być.
Gumiaki, maseczka i spróchniały płot – od czegoś trzeba zacząć

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s