Widziane w świecie – Piątek 17ego

Zwykły wpis

japirdole
Cały ten tydzień był jakiś dziwny – może to kwestia pogody, może niewłaściwego układu gwiazd? Nie wiem kiepski ze mnie meteorolog jak i astrolog choć w dobie internetu każdy z nas może być kim zechce: znawcą wszystkiego polityki, sportu, kobiet a nawet weterynarii. Posłuchajcie…

Epizod I: Coś wisi w powietrzu
Zasadniczo uważam, że piątek nie jest najwłasciwszym dniem do pracy, zwłaszcza jeżeli na widnokręgu widac zarysy wolnego weekendu. Jedną z nielicznych zalet tyrania w budżecie jest to, iż weekend z reguły jest wolny, chyba, że ne jest albo ma się możliwość dorobienia do pensji. Ci co nie mają tej możliwości mają wolne, a zatem piątek to już tygodnia koniec i początek i… nie powinno się ruszać dupy w teren.

Jeżeli regularnie zaglądacie na bloga to zapewne kojarzycie sytuację z prawą postawą obywateli, którzy w poczuciu obowiązku zgłosili gdzie należy co należy. W tym przypadek jednego pana z problemem reinkarnacji świni w lisa . Sprawa wydała się ucichnąć – nie na długo po kilku tygodniach tenże sam osobnik usiłował zakupić w urzędzie enrofloksacynę. Z góry biznes skazany na niepowodzenie raz, że nikt mu nie sprzeda na ładne oczy, dwa, urząd nie diluje, jeżeli już to rujnuje (co w tym tygodniu nie raz udało mi się usłyszeć). Efekt był taki, iż po ustaleniu pana danych trafić go miała kontrola w kwestii tychże leków, no i trafiło na dziś – piątek, co prawda nie 13ego, ale był to dziwny piątek.

Epizod II: Pękła nam guma
Ruszyliśmy w teren w trójkę, co rzadko się zdarza ale przewidując interesujący dzień lepiej jak jest więcej. Zaczęło się od tego, że mieszkając w tym samym mieście prawie ćwierć wieku (tak, też mi ciężko w to uwierzyć) myślałem, że znam je jak własną kieszeń. Co okazało się błędem jako iż znalezienie ulicy, która wcześniej była osobną wsią sprawiło mi tyle trudności, że trzeba było użyć neta w telefonie. Mało tego W. (dla bezpieczeństwa misji inicjały 😉 ) zachciało się niemożliwie siku, w związku z czym zjechaliśmy na stację benzynową, W. wysiadła z auta i i spoglądając na koło samochodu drze się:
– Kurwa zobacz co się stało?
Oczywiście, że domyśliłem się od razu co się stało ale głupio zapytałem się tylko po to by uzyskać oczywistą odpowiedź. Złapaliśmy gumę i nie wiadomo jak długo na flaku podróżowaliśmy, w każdym razie nie czułem żadnych oznak „kapcia”. Nie wiem co skrywają Francuzi pod kopułami czaszek ale ta ich inszość motoryzacyjna jest wkurwiająca – jak nie musisz odkręcać nadkola by wymienić żarówki, to koła zapasowego nie znajdziesz na dnie bagażnika tylko z jedynie Żabojadom wiadomej przyczyny odkręcasz je z pod spodu auta. No ale nie jest to rzecz niemożliwa, w końcu upocony i uwalony, przedstawiałem obraz nędzy i rozpaczy ale za to obraz zrealizowanego mężczyzny;)

Epiozd III: Ranczo
W końcu odnaleźliśmy tajną ulicę składającą się z kilku numerów domostw. I sam nie uwierzyłbym w to, znów jazda w tą i z powrotem celem znalezienia celu. W końcu zajeżdżamy pod domostwo, trąbimy, wyszedł nobliwie wyglądający dziadzia, który potwierdził, że ten a ten tu zamieszkuje i nie ma problemu wchodźcie. No to wchodzimuy, dziadzia wywołuje (jak się okazuje – syna) od śrutowania i wychodzi gwiazdor – wysoki w bejzbolówce, koszula w kratę, podarte dżinsy – niczym amerykański farmer, albo raczej współczesny kowboj. Tylko jego wkurwiający tembr głosu – dodatkowo wkurwiał oprócz tradycyjnych uwag że po co? że unia wymyśliła? że niedługo jeździć nie będziemy mieli gdzie bo wszytsko zliwkidujemy; że nikt nie uprzedził; że on od agencji to ani złotówki nie wziął; że co ma podać cielakowi na ropę bo lekarze to tylko pieniądz bierą i zwierzęta zabijają itd.
Potem kilkuminutowe negocjacje odnośnie cielaków na uwięzi. Po wykonaniu wyboru pomiędzy prokuratoem, a luzem dla cieląt, następuje kilkunastominutowe rodeo na podwórku w końcu cielaczki siedzą w kojcu a my wsyłuchujemy, że to wcale nie jest dobrze dla nich bo to i tamto. Dziadzia czai bazę szybciej od kowboja i każe mu siedzieć cicho bo tak ma być i już i nic im się złego nie dzieje. Ogólne uwagi w stylu prowadzenia czystości i dezynfekcji oraz stałego dostepu do wody dla bydła przerywane różnymi wywodami typu, że zaleją oborę, że przecież jest czysto, że tamto i sramto. Przy czym wyglądało to tak, że mówiąc do kowboja równie dobrze można było mówić do jego bydlątek. Taki sam stopień zrozumienia ale bydlaczki przynajmniej z intelignecją spozierają.
W trakcie spisywania papierzysk wkroczyło dwóch jegomościów o aparycji takiej, że w ciemnej uliczce człowiek sam by wyskoczył z portfela. Mało tego obaj mieli na biodrach przytoczone „klamki”. Niestety ci co liczą na pojedynki rewolwerowców przeżyją zawód ponieważ domniemani rewolwerowcy to policjanci, którzy zjawili się w wyniku zaginięcia siostry kowboja. Na całej rodzinie jednak sam fakt zniknięcia kobiety robił mniejsze wrażenie niż „nasze” pomysły na ulepszenie świata. Koniec końców kowboj odmówił podpisania papierów bo „mama musiałaby przeczytać, a to zajmie godzinę”, aczkolwiek odpowiedzialna za papiery W. ledwo co przeczytała zawrtość protokołu więc dokonuje tego jeszcze raz głośno i wyraźnie. Nic nie pomaga mama znów musi przeczytać a przy okazji oberwało się S. (terenowemu wetowi) za to że każda jego wizyta kończy się śmiercią świń, że wetom w ogóle trzeba płacić i po co oni są skoro samemu można leki podać i nie podpisze póki mama nie przeczyta. W. wkurwiona porządnie pyta się czy ma sporządzić adnotację o odmowie podpisania protokołu? Tak, nikt teraz nie ma czasu czytać i w ogóle weci nic nie zostawiają, powiedzieć nic nie chcą, leków nie sprzedają i w ogóle w weekend to nikt nawet telefonu nie odbierze nie mówiąc już o przyjeździe.
Pod kopułami czach się gotuje od tego bełkotu a wymęczeni jesteśmy jakbyśmy właśnie zakończyli jakiego Ironmana czy innego Tough Muddera. Opuszczamy ranczo ze świadomością, ze to na pewno nie nasza ostatnia wizyta w tym miejcu.

Epizod IV: Opona
Zajechaliśmy po wszystkim na stację wulkanizacyjną w celu załatania trachniętej opony, gdzie wpierw usłyszałem energiczne: – Nie ma sprawy! by potem, kiwając głową: – Nie da rady. Niech pan spojrzy, na tej oponce jakiś czas się jechało ale używaną panu za stówkę skołuję.;)

Epizod V: Góra z górą się nie zejdzie
W biurze po załatwieniu wszelkich formalności związanych z wydarzeniami minionymi dnia na chwilę przysiedliśmy. Do naszej trójki dołączyła M. M. po godzinach pełni wolontariat w jednej z lecznic i postanowiła podzielić się z nami pewną historią jak to kilka dni wcześniej do tej lecznicy przyszedł wysoki gościu, który dużo gadał a nic nie słuchał i pytał się co podać cielakowi jak mu ropa z nogi idzie….

Advertisements

2 responses »

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s