Wspomnień czar – młodzi w Łodzi

Zwykły wpis

Łódź
Było to już jakiś czas temu. Wiosna, schyłek ubiegłego wieku jakoś okolice 97ego, popołudnie w środku tygodnia spędzane w miejscu, którego zapach świadczył dobitnie o pocie, krwi i wysiłku zostawionym przez kolejne pokolenia naśladowców Diagorasa z Rodos czy Melankomasa z Carii. Chociaż ktoś patrzący na to wszystko z boku określiłby to zapewne czymś w stylu „zapachu starej skarpety”…

Tak więc mamy popołudniowe godziny, słychać świst skakanek, głuchy łoskot uderzeń w worki, „boxing ball” napieprza o daszek… Dobra, nie pamiętam czy wyglądało to jak scena treningu w „Rockym” ale coś w ten deseń. Generalnie stan błogiego relaksu i luzu jak u czarnych chłopaków z Bronxu, kocie ruchy i te sprawy. Na to wszystko zjawia się jeden z dwóch treneiros ze swoim farmazoneiro i przedstawia sprawę jasno – w sobotę są mistrzostwa makroregionu będące eliminacjami do ogólnopolskiej olimpiady młodzieży (o ile nic nie popieprzyłem lata uleciały a na olimpiadę nie pojechałem, ale nie uprzedzajmy faktów…). Ponieważ klub trzeba prezentować na tego typu imprezach (bo jakieś tam punkty itd.), chętni z ważnymi badaniami lekarskimi wystąp. Ważne badania nie wiem ilu miało chętnych – na pewno miałem je ja, Grzesiu i Piotrek (w każdym razie nasza trójka pojechała na podbój miasta Tuwima, włókniarzy i dilerów amfetaminy. Pamiętnej soboty spotykamy się na dworcu PKP wraz z adeptami szermierki na pięści z drugiego klubu i wraz z coachami naszym Farmazoneiro oraz ichnim Jasiem (swoją drogą wspaniałym szkoleniowcem i wychowawcą o którym kiedyś w przyszłości coś skrobnę), ładujemy poślady do wagonu i jakimś osobowym łączem ruszamy w stronę Ziemi Obiecanej.
W „mieście Łodzia” jak to ktoś określił „po 45ym usunięto z Piotrkowskiej gruz w boczne ulice i oddano do użytkowania” czyli coś co określa się swoistą atmosferą. Z dworca Łódź Kaliska z buta udaliśmy się w kilkukilometrowy marsz na halę Gwardii gdzie mieliśmy nadzieję wypłynąć na powierzchnię. Tam waga i przerwa na zregenerowanie umęczonych duszeniem kilogramów ciał. Jako, że była to w większości nasza pierwsza wizyta w mieście filmowców udaliśmy się na spacer wzdłuż „Pietryny” i potem z powrotem, którąś z bocznych ulic, na której byliśmy świadkami niesamowitego cudu do tego dnia zarezerwowanego dla Lourdes tudzież innych świętych miejsc: otóż minęliśmy człowieka, który pod pachą niósł dwie kule, a tego samego dnia tyle, że wcześniej, ten sam mąż siedział na Piotrkowskiej w jednej z bram jako jednonogi kaleka zbierający datki na przetrwanie. Cud!

Pomni cudów wróciliśmy na halę bo czas inincjacji się zbliżał.  Na sali niepewność, kto z tych chłopaków będzie tym, z którym przyjdzie się mierzyć. Na moje wątpliwości trener „Jasiu” odparł, machając ręką: „E, Maćkowiaka dostałeś” (Maćkowiak w żargonie oznaczał typa, który hmmm.. taki chłopiec do bicia) Jeszcze badanie lekarskie – lekarz brał nadgarstki w dłonie: – Jak się czujesz? – Dobrze. – Możesz walczyć? – Mogę. – Następny…

Przebieranie, rozgrzewka… Nie pamiętam kto z naszej „wycieczki” pierwszy prezentował swoje umiejętności w „klatce”. Wiem, że zobaczyłem mojego ogolonego na łyso i wytatuowanego „Maćkowiaka” i pierwsze co dotarło do mojej świadomości to: „Kurwa, przecież on boksuje w lidze” (kiedyś funkcjonowało coś takiego jak rozgrywki ligowe w boksie amatorskim, obecnie liga nie istnieje, a jedyny klub chyba z Poznania startuje/startował? w lidze niemieckiej, nieważne wracamy do Łodzi…). No nic, młodzieżowiec startujący w seniorskiej lidze trudno – głupio palić wrotki i schować się w szatni albo sraczki dostać. Wchodzim między liny, na szczęście łysy ma założony kask więc nie widać, że jest łysy, patrzy spode łba, sędzia coś tam gada o uczciwej walce, słowa i tak nie docierają zagłuszane przez buzującą adrenalinę. Pada komenda do walki. Co tu zrobić? Jak go zaskoczyć? Jak… wyprowadzam lewego prostego, sięgam nosa. Za chwilę podwójny lewy – pierwszy zbity, drugi dochodzi celu. I tu chyba łysemu się znudziło, przystąpił do natarcia zarzucając mnie serią haków i sierpów, ogólne bombardowanie. Schowałem, się za podwójną gardą, bomby nie dochodzą celu bombając ręce, oparcie znalazłem w linach. Co tu robić? Co tu robić?… – Stop! (albo break – już nie pamiętam) pada komenda i zostaję wyliczony. O coś nowego przede wszystkim zdziwko – Jak liczony jak ani razu nie dostałem? Na osiem ręce w gardzie. – Walcz – zaczynam ponownie podwójnym lewym i… sytuacja się powtarza znów jestem w linach, znów liczony i… koniec walki. – Kurwa jaki koniec? – myślę sobie. Po chwili się okazuje – nikt mi nie powiedział wcześniej, że dwukrotne liczenie w ciągu rundy kończy walkę. Tyle zachodu, kawał drogi po to by przez 30 sekund wytrwać w ringu. Nie pamiętam ani imienia ani nazwiska mojego pogromcy ale lekcję, której mi udzielił zapamiętałem w najdrobniejszym szczególe. Dzięki;)

Ogółem to nie był nasz dzień. Z naszej wycieczki tylko Misiu wygrał, reszta dostała bęcki i do domu. Ja zostałem w Łodzi razem z Misiem, Piotrkiem i Grzesiem, którzy mieli boksować następnego dnia. Treneiro zabrał nas na nocleg do jakiegoś młodzieżowego schroniska,a sam poszedł cholera wie gdzie. Specjalnie nas to nie martwiło, jako że młódź nie lubi kiedy im się na dłonie patrzy. Grzesiu cały wieczór prowadził bezskuteczny podryw z wysokości czwartego piętra na miejscowe panny, w końcu mu się udało. Jedna dama przymaszerowała z dwiema koleżankami – rycerze postanowili damy odprowadzić wieczorową porą (wszyscy z wyjątkiem Misia, który będąc diabelnie nieśmiały schował się w kiblu).  Towarzysząc białogłowom oddaliliśmy się kilkadziesiąt metrów od schroniska, gdy kilka bram dalej wyszła banda „lokalsów”. Mimo, że tutejsi zachęcali nas kurwując do przyjścia do nich. Pożegnaliśmy damy krótkim: „Wiecie, dziewczyny my już musimy iść” i nawrotka do schroniska ostatnie metry pokonując już biegiem (uspokoję zaniepokojonych o los niewiast dziewczyny były tamtejsze w przeciwieństwie do nas więc bez obaw). Zdyszani wpadliśmy do naszej twierdzy na czwartym piętrze, gdzie zastaliśmy rozkręcony przez Misia na cześci pierwsze metalowy stolik. Misiu przez okno obserwował sytuację i zawczasu przygotował się do obrony. Resztę nocy już spokojnie każdy ze swoją nogą od stołu obok łóżka przekimał. Rano szybko stolik skręcono, spakowaliśmy manatki i szybko na Gwardię. Wszak przed chłopakami stały wyzwania.

Niestety niedziela nie była lepsza od soboty – nieśmiały acz waleczny Misiu przegrał z reprezentantem gospodarzy,a wiadomo, że gospodarzom pomagają ściany… i sędziowie. Grzesiu mimo zapału oraz prób psychicznego zastraszenia przeciwnika na zasadzie „wybacz jakbym w trakcie walki cię kopnął ale mam takie naleciałości z kick boxingu” niestety nie wytrwał pięciu rund i jako trofeum przywiózł fioletowe oko, nie lepiej poszło Piotrkowi, który w swoim debiucie również zakończył przed czasem (niestety na swoją niekorzyść;p). Nie poszło również mojemu pogromcy, który trafił jakiegoś lokalnego kozaka i równiez nie pojechał na olimpiadę.
Tak oto nasze pięściarskie apsiracje przeszły chrzest bojowy na Ziemi Obiecanej;)
boks

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s