Ekstremum prawdy czyli karate oldboy

Zwykły wpis

mr miyagi

Taka refleksja „na po weekendzie” wzbudzona momentem oczekiwania nim starsza latorośl zakończy sobotnie zajęcia na basenie. W trakcie marszu na basenową widownię, w celu podziwiania pływackich szlifów malca ujrzałem widok jakiego się na co dzień człowiek by nie spodziewał raczej. W pierwszym momencie pomyślałem o zlocie młynarzy i młynareczek. Było wśród tych młynarzy jednak coś innego, niby białe porcięta, białe kapotki i nagle spadło na mnie olśnienie wraz z pewnym wspomnieniem…

Działo się to już jakiś czas temu. Mniej więcej w okresie kiedy zacząłem zauważać, iż niegdysiejsza (tzn. z przed dnia ślubu) forma ma zaczęła się przekształcać. Nie zniknęła tylko zaczęła się przekształcać… w okrąg. Okrąg to też jakąś formą w końcu jest. Okoliczności, które nałożyły się wówczas z tym odkryciem równym odkryciu kulistości Ziemi (zauważacie podobieństwo?) sprawiły, że wylądowałem na treningu, a jakże karate kyokushin (to stąd widok zlotu młynarzy nasunął mi tę retrospekcję – zapewne jak się domyślacie to wcale nie byli młynarze i młynareczki ino sami karatecy we własnych osobach). Zatem i ja zapragnąłem kroczyć drogą, którą lata temu wyznaczył Mistrz Oyama poprzez krew, pot i łzy w kierunku chwały równej płaskiemu brzuchowi, szerokim plerom i bickowi twardemu niczym ciepły marmur.

Ruszyłem w TĘ podróż, zacząłem ją od pierwszego kroczku czyli wizyty na treningu w dojo w jednej z lokalnych podstawówek. Po przebraniu, przywitaniu, usłyszeniu mnóstwa japońskich zwrotów rozpoczęła się rozgrzewka. Kiedy osiągałem już stan przedzawałowy rozgrzewka się zakończyła. Myśląc, że to już koniec męczarni chciałem udać się do szatni ale nie… To był tylko mały wstępek, rozpoczęło się coś co przypominało zabiegi w klinice chirurgii plastycznej tj. rozbijanie cząstek tłuszczu laserem. Tylko tu zamiast lasera używano pięści – no nic efekt końcowy wymaga poświęceń i gdy już usatysfakcjonowany wyglądałem sześciopaka na brzuchu zaczęło się utwardzanie klaty. Klatę trzeba też mieć dla estetycznego wyglądu… Ależ mi w nią naparzali omal sutki mi nie odpadły. Następnie masaż ud przy pomocy dolnych kończyn oponenta i kiedy już stąpając na sztywnych nogach niczym transformer błagalnym wzrokiem patrzałem w kierunku szatni, padła komenda oznaczająca przerwę. Po przerwie, która starczyła na kilka głębokich wdechów ratujących życie nakazano stanąć nam w szeregu i naparzać w powietrze łapami i nogami drąc się przy tym w niebogołosy, aż omal tynk z sufitu nie leciał. Byłoby to nawet fajne gdyby nie to, że każdy centymetr ciała palił żywym ogniem. I znów przerwa ale nawet przestałem liczyć, że kiedyś nastąpi koniec… I miałem rację rozpoczęło się to, co jak nam powiedziano, lubimy najbardziej czyli sparringi. I się zaczęło, każdy z każdym, z dziewczyną, z chłopakiem, z młodym, starym -niczym w starożytnej Grecji. Ale nie miejcie fantazyjnych myśli o bachanaliach sparring (po grecku pewnie sparringos;)), oznaczał kumulację wszystkiego aerobik z rozgrzewki, utwardzanko i naparzanko. Byłoby fajnie gdyby oprócz palących mięśni nei pojawił się ogień w płucach.. Ale jakoś na resztkach tchu dojechałem do końca sparringowania, bo przecież nie był to koniec katorgi.
Zaglądając z obawą pod koszulkę sprawdzałem czy brodawki są na miejscu (były,ale przypominały coś w stylu kwiatów to jest na boki rozchodziły się promieniście pręgi w kolorach od palącej czerwieni przez różne odcienie różów, żółci, fioletów po sinowate nie wiadomo co. Całość to taka kwiecista łąka stratowana przez stado buhajów). Z tychże oto refleksji wyrwało mnie złowieszczo brzmiące słowo korektywa czyli dorżnięcie tego co jeszcze dychało poprzez pompki, brzuszki, przysiady i inne utylitaria destrukcji złej formy. Gdy na czworaka maszerowałem do szatni obiecywałem sobie, że… jeszcze tu wrócę;)

I obietnicy dotrzymałem wracałem nie raz, aż do momentu gdy moje kolano zderzyło się z kolanem innego adepta sztuki „pustej ręki” i przez następne dwa tygodnie czułem jak mi się rzepka w kolanie przesuwa, a jeżeli to niebyła rzepka to coś takiego co znacznie utrudniało kucanie, siadanie nie mówiąc już o dalszych formach rozwoju ducha i hartu ciała w dojo:(      Cóż zatem oznacza tytuł – łatwo się teraz domyśleć: karate oldboy, no bo już nie karate kid;) A kyokushin (czyli ekstremum prawdy) jest po prostu eSKaeS (starość kurwa starość);)

OSU!

kanji

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s