Wspomnień czar – gdzieś pośród lasów

Zwykły wpis

stara baba z Prażuch Starych

Działo się to lat temu cztery. W niezadługi czas po historii z panienką z okienka. Był to lipcowy dzień ale na próżno szukać w nim szumu morza fal i kobitek w bikini prażących się na plaży. Choć z szumem będziemy mieli do czynienia tyle, że deszczu, a i niewiasta jest główną bohaterką tej opowieści. Posłuchajcie…

Jak już wspomniałem był to lipcowy dzień, pora – przed południem i jak już mówiłem pogoda za oknem iście lipcowa – zimno, pochmurno i mokro. Żeby podkreślić dramatyzm sytuacji był to poniedziałek… Poniedziałek w pracy.;)
Siedziałem sobie przed lapkem walcząc z „niezawodnym” systemem informatycznym, gdy nagle do pokoju wszedł kumpel z działu i zaproponował wspólny wypad na kontrolę dobrostanu zwierząt. Stanąłem przed wyborem między (niedziałajacym prędzej czy później) systemem, stertą papierów na biurku, a wyjazdem w teren… Cóż, wybór był oczywisty:) Poczekaliśmy jeszcze tylko na dwójkę „zielonych”, którzy mieli nam asystować (choć z zielonego punktu widzenia to my asystowaliśmy im – punkt widzenia zawsze zależy od punktu siedzenia;)) i ruszyliśmy na interwencję. Jeszcze tylko krótka analiza czy jednym czy dwoma – na szczęście (jak się później okazało) dwoma autami i poszli w teren. Po kilkunastu minutach podróży zjechaliśmy w las, minęliśmy zrujnowany, powoli pochłaniany przez las cmentarz, ujrzeliśmy pierwsze krowy w lesie, wyjechaliśmy na polanę i.. oczom naszym ukazał się widok rodem z Czeczenii. Stał sobie murowany budynek, którego otwory okienne ziały czarną pustką. Wokół budynku chaos taki, że nawet ten z początku świata pokryłby się rumieńcem. Pomiędzy tym wszystkim biegało jakieś osiem psów, w lesie i na łące wokół nieokreślona ilość bydła (generalnie nieoznakowanego) gdzieś tam rżał koń, psy ujadały, krowy ryczały, a wszystko to w pięknych okolicznościach przyrody las, pagórek, strumyczek, a na udekorowanie tego wszystkiego, niczym wisienka na torcie – pojawiła się właścicielka.
Po naszym powitaniu i przedstawieniu w jakiej sprawie się zjawiliśmy, okazało się, że nie możemy przeprowadzić kontroli bo się wcześniej z panią nie umówiliśmy; bo przed chwilą burza była; bo pani jest stara i schorowana; bo złodzieje i bandyci; bo złodziei i bandytów kontrolować mamy; bo ona za miesiąc to wszystko likwiduje; bo nie! Przy czym na nic zdały się odznaki, upoważnienia, tłumaczenia – nie i już! Mieliśmy po gospodarstwie nie chodzić, wyjść za bramę (której nota bene nie było zresztą jak i całej reszty ogrodzenia), była nawet próba szturmu z siekierą w dłoni (jednak broń w połowie ataku została odrzucona na jakieś resztki wozu). Efekt końcowy był taki, że następne 40 minut czekaliśmy na przyjazd policji. W między czasie pani wsiadła na rower i gdzieś wyjechała, z obietnicą, że ona nam jeszcze pokaże, po czym po pojawieniu się radiowozu zaraz zawróciła;).
Mundurowi dotarli i rozpoczęliśmy czynności. Zwierzęta nawet wyglądały nieźle jednak warunki w jakich przebywały przyprawiały o ból serca. Wdrapawszy się, do nazwijmy to stajni, po półtorametrowej warstwie odchodów i ściółki stanąłem w pomieszczeniu w którym znajdowały się dwa konie, a jego wysokość od ostatniej warstwy gówna do sufitu to jakieś 178 cm (przynajmniej tyle mam wzrostu a głową szorowałem po suficie), nie lepiej było u bydła, a w zasadzie jednego byka bo reszta przebywała „na wypasie”, obok spoczywało sobie kilka świnek, które pochrumkały nerwowo na widok intruza wspinającego się po schodach z łajna i słomy, po czym opuściły lokal, przez okno wychodząc na pastwisko.
(zdjęcia wrzucę kiedyś przy następnych historiach pani Eli bo ta historia ma ciąg dalszy).
Sprawa zakończyła się wnioskiem do wójta o odbiór zwierząt oraz wizytą na komisariacie w sąsiedniej gminie, bo na tej akurat policja się tym nie zajmuje (tzn. nie mają dochodzeniowców).
Po wszystkich spytkach, podpisach, relacjach – powrót na biurowe łono. Jechaliśmy sobie przez las, robiąc przy okazji maleńki postój za głosem natury;) Już mieliśmy ruszyć w teren gdy nagle w krzakach zauważyłem lisa. Kurtuazyjnie powiadomiłem o tym kolegę:

-Patrz, kurwa lis! – A on na to: Gdzie? – Tam! – Nie to pies! Dawaj go! znajdziemy mu dom!

Zatrzymaliśmy samochód i zaczęliśmy cmokać do psa, bezczelnie udającego lisa. Lis błyskawicznie do nas przyczłapał, merdając ogonem. Okazało się że to jakiś około półroczny szczeniak coś jak kogel-mogel z owczarka niemieckiego i belgijskiego, dodatkowo delikatnie przyprawiony nutką z lisa;). Po wgniecionej sierści na szyi widać było, że wisiał na uwięzi w mało luźnej obroży (zapewne wykonanej ze sznurka lub innego oszczędnościowego środka – co wskazywały ślady na skórze. Pies powędrował do nowego domu w ciągu kilku dni, a żeby było ciekawiej niedaleko miejsca, w którym został spotkany;) )
Farbowanego lisa załadowaliśmy na pakę już mieliśmy ruszyć, a tu nagle zadymiło się spod maski. Habemus papam – mieliśmy awarię – w tym pięknym otoczeniu przyrody. Dzwonimy do szefostwa, szefostwo zamówiło dla nas lawetę i z jakieś półtora godziny tkwiliśmy we trójkę w lesie. Wreszcie przyjechała laweta, zgarniając przy okazji naszą trojkę + auto i wreszcie powróciliśmy z misji.

Taki to był dziwny dzień – szalona kobieta, farbowany lis i spalony alternator – a w tym wszystkim zwierzęta małe i duże.

c.d.n.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s